Pragnienie dziecka – niepłodność – żałoba – płodność Historie kobiet i par: śmierć i odrodzenie

Luty 2012… pozytywny test ciążowy!!! Nowa przygoda dla naszej rodziny.

Nasze drugie maleństwo rośnie we mnie, a jego serduszko bije już od kilku tygodni.

Jakie szczęście, jaka radość… Czuję się taka spełniona, taka uprzywilejowana… nasze życie rozwija się wspaniale.

Nasza mała Emma, ​​mająca wtedy 16 miesięcy, napełnia nasze serca miłością i szczęściem w każdej chwili.

Cieszę się swoją pracą na pół etatu, nasz związek kwitnie, a do tego kupiliśmy mieszkanie… Oczywiście, w rodzinie zdarzają się drobne problemy, ale na razie nic poważnego. Teraz liczy się nasza czwórka… Nasze szczęście, nasza stabilizacja, nasza rodzina.

W marcu, w trzecim miesiącu ciąży, dowiedzieliśmy się, że spodziewamy się synka! Co za radość… Księżniczka i Książę, skąd tyle szczęścia? Jak to możliwe? Rozpływamy się w radości, a jednocześnie wszystko logicznie się układa… Jesteśmy szczęśliwi.

Twoje imię będzie Matys.

Potem nastąpiły cztery miesiące ciąży, podczas których regularnie otrzymywaliśmy potwierdzenia, że ​​wszystko jest w porządku, że dziecko rozwija się bardzo dobrze (duże dziecko!) i rozwija się prawidłowo.Perfekcja. PrzygotowaniePrzeprowadzka, praca, codzienne opiekowanie się małą Emmą, która w tym czasie jest bardzo wymagająca… Wszystko to niesie ze sobą pewną dawkę zmęczenia, ale jesteśmy szczęśliwi i czekamy na nasze drugie słońce.

Potem, w sobotę 14 lipca 2012 roku, wszystko się zmieniło… Bardzo trudne przebudzenie, silne bóle brzucha, mdłości i wszechogarniające zmęczenie. Zasnąłem ponownie.

Chwilę później obudziłam się ponownie, wciąż z takim samym trudem. Po prysznicu i kilku zabawach z Emmą, Arnaud poszedł do ogrodu skosić trawnik, a ja położyłam Emmę do łóżka. Czułam, że coś jest nie tak, że to wszystko jest nienormalne… Bolał mnie brzuch i miałam silne skurcze. Zadzwoniłam na oddział położniczy i umówili mnie na wizytę w ciągu godziny. Mimo to nie martwiłam się zbytnio… W samochodzie ponownie powiedziałam Arnaudowi, że musi mnie wysadzić przed szpitalem, że może iść na zakupy z Emmą i że spotkam się z nimi później na placu zabaw. Po prostu podają mi jakieś środki przeciwskurczowe. Pocałowałam Emmę, mówiąc jej, że mama zaraz wróci. Nie wrócę przez kolejny tydzień…

Potem zaczyna się koszmar… Ból się nasila, podłączą mnie do monitora, w pokoju… sama. Sama z wątpliwościami, lękami, obawami. Co się z nami dzieje??? Nikt nie potrafi mi odpowiedzieć. Mam…gorączka. jaCzuję się bardzo źle. Jest 15:00. Poczekajmy chwilę, będzie lepiej…

O 19:00 poprosiłam mamę, żeby przyszła i zaopiekowała się Emmą, żeby Arnaud mógł do mnie dołączyć… bo się bałam. I byłam sama. Arnaud przyjechał o 21:00. W międzyczasie monitoring, USG, badania krwi, kroplówki… dojrzewanie płuc Matysa. Wszystko wskazywało na to, że rodzę, ale nikt nie wiedział dlaczego. 30. tydzień ciąży + 6 dni. Tyle czasu mieliśmy razem…

O 23:00 wszystko wydarzyło się tak szybko, mój stan się pogorszył i wszystko wskazywało na rychły poród. Morges nie mógł przyjąć mojego dziecka aż do 34. tygodnia ciąży. Zostałam więc przewieziona karetką do HUG (Szpitala Uniwersyteckiego w Genewie, ponieważ CHUV był pełny), daleko od rodziny, daleko od córki, zupełnie sama… Arnaud dołączył do mnie w Genewie o 1:00 w nocy. Od tamtej pory niewiele pamiętam… Cierpiałam, odczuwałam potworny ból, a szyjka macicy się nie rozwarła. Nie mogli mi podać znieczulenia zewnątrzoponowego. Cierpiałam od ponad 12 godzin. Byłam przerażona. Byłam sparaliżowana lękiem… Jak to wszystko było możliwe? Czy moje dziecko przeżyje?

Szacowana waga dziecka: 2 kg!! Lekarze są pewni. W 31. tygodniu twoje dziecko ma wszelkie szanse, a do tego ma bardzo dobrą wagę! Nie martw się… Znieczulenie ogólne. Cesarskie cięcie. Matys urodzi się o 6 rano. Sam, bo śpię. Nie będę go widzieć. Jego serce przestaje bić. Reanimują go. Natychmiast trafia na oddział intensywnej terapii… Tata widzi go bardzo krótko w swoim małym inkubatorze, a potem zostaje zabrany gdzie indziej. Na sali pooperacyjnej… Powoli uświadamiam sobie (pod wpływem morfiny), że jestem niczym więcej niż pustą skorupą, że moje maleństwo zostało mi odebrane, gdy spałam, że życie mnie zdradziło, że moje ciało mnie zawiodło. Czuję się rozdarta, dosłownie posiniaczona, krwawiąca od środka.

Arnaud pokazuje mi zdjęcia Matysa; żyje. Walczy. Chcę go zobaczyć… Nie mogę się ruszyć i nikt nie może ruszyć mnie. Matys jest w innym budynku, w innym mieszkaniu… Jeszcze dwie godziny temu byliśmy jednością. Teraz cię nie znam, jesteś daleko ode mnie i przytłacza mnie poczucie winy… Jesteś sam i porzucony. Co musisz sobie myśleć? Jak bardzo musisz się czuć porzucony, odrzucony, rozdarty, zawiedziony… Cierpię jeszcze bardziej niż wcześniej. Fizycznie. Emocjonalnie. Moje życie wywróciło się do góry nogami. Jestem w głębokiej otchłani…

Arnaud musi teraz wrócić do domu, do Emmy. Zabierają mnie z powrotem na oddział położniczy, do sali „bez dziecka”. Sama w łóżku z bólem i lękiem. Nadal nie mogę zobaczyć syna. Będę musiała czekać kolejne 24 godziny. Co za niewypowiedziany ból, co za rozpacz. Jestem otępiała, zrezygnowana, nic już nie rozumiem. Teraz każdego dnia zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że nie nalegałam bardziej, jak to możliwe, że nie walczyłam mocniej, żeby być przy nim. Jak mogłam pozwolić, żeby zespół medyczny tak mnie traktował… jakkolwiek dobre by nie byli. Spotkanie w końcu nadchodzi. Zabierają mnie na wózku inwalidzkim do mojego Matysa. Jaki jesteś piękny, mój synu, jaki idealny… jak wykapana starsza siostra! Czapka, czujniki, aparat CPAP, rurki i bicie serca… Nigdy bym sobie tego nie wyobraziła. W końcu się obudzę… To nie może się dziać.

Miłość, radość, bunt, zaprzeczenie, strach, smutek, ból, rozpacz… Tyle uczuć wiruje wokół mnie. Nie jestem gotowa, nie jestem gotowa, by cię powitać; wciąż powinieneś być we mnie, wciąż czuję, jak się poruszasz. Czuję się, jakbym żyła we śnie, w którym nic już nie jest prawdziwe.

Personel medyczny nadal nie potrafił wyjaśnić, co się stało. Matys i ja dostaliśmy antybiotyki, ponieważ podejrzewali infekcję. Ale nic nie wiedzieliśmy. Stan Matysa pozostał stabilny, słaby, ale nie alarmujący. Lekarze wciąż byli pełni nadziei. Walczył. Zorganizowano jego transport i Matys został umieszczony na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodków, piętro niżej od mojego pokoju. Byliśmy coraz bliżej i czułam, że robimy mały krok naprzód. Ale wciąż był między nami ten inkubator, ta więź, która z trudem się tworzyła z powodu bólu i strachu. To poczucie winy, które dręczyło mnie dniem i nocą. Potem nadszedł pierwszy dzień, w którym mogłam go przytulić, nawiązać kontakt skóra do skóry… W końcu mogłam go powąchać, pogłaskać, dać mu znać, że go kocham, że jestem jego matką, że czuwam nad nim – tak długo, jak tylko mogę – i że wspieram go w jego walce. Wciąż otoczeni sygnałami dźwiękowymi, kablami, czujnikami i aparatami C-PAP, powoli się poznajemy, przez sześć dni, podczas których staram się być przy nim na oddziale neonatologicznym.

W tym momencie przeżyliśmy tragedię, a nie narodziny. Nikt nas nie odwiedził, nikt nie mógł podziwiać naszego syna. Byliśmy odcięci od świata, odcięci od…Rzeczywistość. ToTo, co miało być cudownym momentem, wcale się nie udaje i nie wiemy, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Arnaud i Emma będą nas odwiedzać codziennie. Emma będzie miała wtedy okazję poznać swojego młodszego brata. Jednak nie odważyliśmy się jeszcze ogłosić jego narodzin i nie wysłaliśmy żadnych wiadomości. Jesteśmy tak przerażeni; wszystko wydaje się takie kruche, takie nierealne.

Piątego dnia powiedziano nam, że Matys jest wyjątkowo słaby, ma katar i najprawdopodobniej złapał wirusa. Byłem oszołomiony, kompletnie zdezorientowany. Oboje mieliśmy infekcje, a teraz on ma wirusa? Po co takie nieustanne wysiłki? Co zrobiliśmy źle? Ale nic nie możemy zrobić z wirusem. Musimy czekać. I tak czekamy. Musiałem powiedzieć Arnaudowi przez telefon. Byliśmy zdruzgotani, ale mieliśmy do niego zaufanie, do jego zaciętej walki o…Życie. Mytrzyma się, tak jak Matys.

Dzień 7 życia. Stan Matysa staje się niepokojący. Jest bardzo słaby, nie je już (przez sondę), a jego nos jest nadal bardzo zatkany. Jego parametry życiowe są słabe, a do tego coraz częściej występują skoki saturacji i bezdechy. Boję się… Arnaud wróci do domu po Emmę. Będę całą noc przy naszym synku, w inkubatorze, trzymając go za rękę… Jaka to nieznośna bezradność wobec matki. Nie mam żadnej kontroli, żadnej władzy. Lekarze zakładają wenflon w razie potrzeby. Żyła krwawi i nigdy się nie zamknie… to krwotok. Jego cera robi się szara, Matys jest w złym stanie. Nie mogę nic zrobić, jestem bezradna. Pielęgniarka będzie trzymać go za rękę całą noc, żeby zatamować krwawienie.

Wczesnym rankiem przyszli do mnie lekarze i powiedzieli, że Matys jest teraz w stanie krytycznym, że jego życie jest zagrożone, że musi natychmiast wrócić na oddział intensywnej terapii… Co za szok. Znowu. Serce waliło mi jak młotem, nie mogłem uwierzyć w to, przez co przechodzimy. Musiałem zadzwonić do Arnauda i powiedzieć mu, żeby przyjechał szybko, bardzo szybko. Towarzyszyliśmy Matysowi podczas transportu na oddział intensywnej terapii. Idąc korytarzami szpitala, dostrzegłem…Kostnica. Nigdy.Nigdy nie zapomnę dreszczy, które przeszły mnie w tamtej chwili. Zrozumiałam, że nasza trójka nigdy nie opuści tego miejsca. Obrazy, które potem nastąpiły, były niewyobrażalnie brutalne, o nieopisanej intensywności. Parada lekarzy, niekończące się transfuzje płytek krwi, wibrujący stół i moje dziecko… Moje maleństwo, teraz nie do poznania i na zawsze naznaczone tak wielkim cierpieniem. I moja bezradność. Kazano nam czekać na zewnątrz pokoju; nie mogłam nawet być z moim dzieckiem, wspierać go w jego ostatniej walce. Och, jak bardzo musiał się czuć opuszczony… Mój maleńki.

Po dwunastu długich godzinach zaciętej walki Matys wziął ostatni oddech w naszych ramionach o 21:30 22 lipca 2012 roku. Nigdy nie zapomnę jego spojrzenia. Tak bardzo się obwiniam. Dlaczego musiał tak cierpieć? Dlaczego?

Minęło 16 miesięcy, odkąd Matys od nas odszedł, a ja nadal nie znalazłem odpowiedzi. Później środowisko medyczne zdiagnozowało, że zaraziliśmy się wirusem Coxsackie drogą powietrzną i podczas…Ciąża. ToWirus jest zdolny do przekroczenia bariery łożyskowej. Moja macica została więc zakażona wirusem… bardzo rzadkim… jak dotąd nie odnotowano żadnego przypadku w Szwajcarii.

Potem zaczyna się smutek, zaprzeczenie, bunt. Opuszczamy Szpital Uniwersytecki w Genewie (HUG) razem, puści, wyczerpani, otępiali i przerażeni. Ból jest niewypowiedziany, niewytłumaczalny. I pozostaje jedno pytanie: Jak przetrwamy? Co z Emmą? Co z naszymi przyjaciółmi i rodziną? Jak możemy nadal się z nimi widywać? Pragniemy uciec, wyjechać daleko, porzucić wszystko. Po prostu nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie powrotu do „normalnego” życia, niezdolni do stawienia czoła światu zewnętrznemu, przyjaciołom, rodzinie, kolegom, spojrzeniom. Potem następuje powrót do rzeczywistości, gdzie nic już się nie liczy, gdzie jesteśmy całkowicie zagubieni, bezużyteczni, bezsilni.

W domu, pusty żołądek, krwawiące serce, bezwładnie zwisające ramiona. I ten pokój, już gotowy… Wszystkie jej rzeczy, starannie ułożone, poskładane, wyprasowane. Oddaliśmy to wszystko, natychmiast. Nie po to, żeby zapomnieć, ale dlatego, że sam ich widok był nie do zniesienia, nie do pokonania.

Potem przychodzą przyjaciele, prawdziwi. Ci, którzy podjeżdżają furgonetką, żeby opróżnić pokój; ci, którzy biorą urlop, żeby tam być, żeby nas zawieźć, wypełnić za nas papiery, którzy towarzyszą nam w wyborze trumny, decydują o ceremonii, myślą za nas i oferują wsparcie małej dziewczynce, która nie rozumie… Tej małej dziewczynce, która na nas patrzy, która nie rozumie. Coś się stało, ale co? Moi rodzice są nie do poznania, już nie mówią, ledwo na mnie patrzą. Moja mama, nie potrafiąca ugotować mi makaronu… A mój tata wpatruje się w przestrzeń całymi dniami. Tyle poczucia winy z powodu Emmy. Czym sobie na to zasłużyła?

Budzę się rano, czując kopniaki Matysa w brzuch… budzenie się jest nie do zniesienia, każdego ranka nowa walka. W nocy biorę tabletki nasenne, bo ciemność sprawia, że ​​wszystko staje się jeszcze bardziej nie do zniesienia… Ale budzenie się każdego ranka jest jak sztylet. Czuję się taka pusta, jakby to, co było we mnie, zostało wyrwane, moje samo sedno, moje dziecko. Ból fizyczny jest nie do zniesienia… Podobnie jak wszystkie te objawy poporodowe, które teraz wydają się nieuzasadnione: powrót miesiączki, krwawienie, ból, blizny, niedobór żelaza i to mleko wyciekające do piersi… To ciało, które nie rozumie. Potem zasadnicze pytania. Co robić? Czy przetrwamy? Jak nie zwariować? Jak nie rozpaść się? Jak uratować naszą rodzinę? Ciągle czuję się, jakbym szła po linie… po linie, która wciąż utrzymuje mnie przy życiu, doPowód. Alektóre również może w każdej chwili zawieść lub się zepsuć i wpędzić mnie w to na zawszeSzaleństwo. KażdyKażdego dnia zastanawiam się, czy przekroczyłam już tę granicę, czy nie. Ale trzymam się, bo tak bardzo boję się o Emmę, o Arnauda, ​​tak bardzo boję się o nas.

Tydzień po powrocie do domu przeżyłam kolejny szok. Dostałam krwotoku i musiałam natychmiast jechać do szpitala… Wróciłam do miejsca, gdzie wszystko się zmieniło. Byłam tak przerażona… Tak, bałam się śmierci. I wtedy zdałam sobie sprawę, że chociaż nie mogę teraz żyć, nie chcę umierać. To miał być dla mnie przełomowy moment. W końcu mogłam wrócić do domu i poczułam się inaczej. Wbrew wszelkim przeciwnościom, ogromny instynkt przetrwania wziął górę, palące pragnienie wygrania tej walki, silna wola życia, by nie umrzeć. A potem przyszedł też ogromny szacunek dla tego, co otrzymaliśmy: Miłości, Życia,Zdrowie. MatysNie dostał szansy na życie, nasze serca biły i muszą bić dla niego, aby mógł być z nas dumny.

Matys nie żyje, a my powoli się z tym godzimy, choć jeszcze do końca tego nie akceptujemy. Wyjaśniamy to Emmie prostymi słowami. Dużo płacze, ale wydaje się odczuwać ulgę, słysząc nasze słowa. To nie jej wina; Matys była bardzo chora, a mama i tata są bardzo smutni, że Matys odeszła. Ale to nie jej wina. Dzieci potrzebują wyjaśnień. Kiedyś zapytałam psychiatrę dziecięcego, jak zapobiec traumie u Emmy. Dała mi najlepszą radę: niczego przed nią nie ukrywaj. To niewypowiedziane i tabu tworzą traumę, nigdy komunikacja.

Potem rozpoczął się bardzo długi okres odbudowy. Byliśmy sobie bliżsi niż kiedykolwiek i nic nie liczyło się bardziej niż nasza miłość, nasza rodzina i nasze dzieci. Nasze dwoje dzieci. Byliśmy rodzicami Matysa, ale w inny sposób. Nasze obowiązki koncentrowały się na pielęgnowaniu jego grobu, zdjęcia obok naszego łóżka, zdjęcia z Emmą w rodzinnym albumie. Postanowiliśmy również rozesłać nekrologi. Ten krok był dla mnie niezbędny i pozwolił mi powiedzieć wszystkim, których znaliśmy, że mamy małego chłopca, że ​​istnieje, że opłakujemy jego śmierć i że zasługuje na uznanie. Reakcje były bardzo różne; przyjaciele szybko zostali odrzuceni, potem pojawili się inni i zaskoczyli nas swoją obecnością, wsparciem i niezachwianą miłością. Mieliśmy ogromną potrzebę mówienia o Matysie, o każdym szczególe. To mogło być bardzo trudne dla otaczających nas osób, a nie każdy był przygotowany, by słuchać naszych historii bez przerwy. Moja rodzina już się do nas nie zbliża; czujemy, że nasz smutek jest zaraźliwy. Rodzina Arnauda przenosi góry, aby nas wesprzeć. Ale ludzie wokół nas nie wiedzą, jak się zachować, a wielu woli się powstrzymać. Izolacja jest niebezpieczna i na szczęście zdajemy sobie z tego sprawę. Będziemy musieli podjąć wysiłek (w naszym stanie, tak…), aby skontaktować się z przyjaciółmi, pokazać im, że ich potrzebujemy, że potrzebujemy ludzi, że potrzebujemy ich widzieć. Arnaud rozwija tę potrzebę i ten lęk znacznie szybciej niż ja… Początkowo mam do niego pretensje, bo nie czuję się gotowa i nie rozumiem, jak może mówić o czymkolwiek innym niż Matys. Ale z perspektywy czasu jestem mu za to wdzięczna… Bo pozwoliło nam to uniknąć odizolowania się i wzmocnić nasze prawdziwe przyjaźnie.

W pracy musiałam walczyć półtora miesiąca, zanim ktoś w końcu zgodził się na wewnętrzną komunikację w sprawie śmierci Matysa. Pracuję w firmie zatrudniającej 250 pracowników i nikt o tym nie wiedział. Nawet teraz, 15 dni po tragedii, postanowiliśmy odnowić pokój Matysa. Pojechaliśmy do IKEI i spotkałam tam koleżankę, która z szerokim uśmiechem zapytała mnie, jak się czuje moje dziecko… NIE ŻYJE.

Postanowiłam więc nalegać, aż w końcu ktoś mnie wysłuchał, usłyszał. Komunikat był zaplanowany na koniec sierpnia. Mimo to czułam się zupełnie samotna na świecie, mierząc się z moim bólem. Samotna, bo mogłam rozmawiać na ten temat tylko z bardzo ograniczoną liczbą osób. Próbowałam znaleźć informacje, ale w każdej księgarni otrzymywałam tę samą odpowiedź, z oczami szeroko otwartymi ze strachu na moją prośbę: „Nie, proszę pani, żadna książka nie porusza konkretnie tego tematu”. Potem były spojrzenia ludzi, których regularnie mijaliśmy… którzy nie śmiali się już przywitać, tylko zastanawiali się, dlaczego nie mam już brzuszka i nie pcham wózka… Więc trzymali się na dystans.

Przeżywamy żałobę w milczeniu… I czuję, że nie wolno nam tego wyrażać.

Na szczęście znalazłam grupy wsparcia, które pomagają nam czuć się mniej samotnymi i uświadomić sobie, że inni też przez to przeszli… Bo pytanie, które dręczy mnie każdego dnia, nie ma odpowiedzi nigdzie indziej: Czy damy radę to przetrwać? Czy damy radę? Dlatego bardzo potrzebuję czytać i słuchać historii rodziców, którzy przez to przeszli i którym się udało. Dużo komunikujemy się jako para. Arnaud będzie miał dwa miesiące zwolnienia lekarskiego, a ja pięć. To pozwoliło nam się nawzajem słuchać, rozmawiać, w pełni doświadczyć tego, czego potrzebowaliśmy. Jesteśmy dla siebie bardzo uważni; oboje się boimy, ale wiemy, że jesteśmy zjednoczeni. Arnaud boi się, że wpadnę w depresję, a ja boję się, że zwariuję. Jedynym antidotum, jakie znaleźliśmy, jest dzielenie się i teraz wiem, że to nas uratowało.

Następnie udamy się do psychologa, z którym zaczniemy wspólnie pracować, a potem każdy na swój własny sposób.

Czuję, że Matys zdjął mi klapki z oczu i pozwolił mi w końcu iść naprzód, patrząc na świat.Prawda. JMuszę wiedzieć, kim jestem, kim byłam i kim chcę się stać. Znaleźć swoje należne miejsce na tym świecie. Sprostać roli matki. To właśnie tutaj rozpoczyna się prawdziwa samorekonstrukcja, oparta na nowych, silniejszych, prawdziwszych i jaśniejszych fundamentach. Nie możemy już okłamywać samych siebie, nie marnujemy czasu na fałszywe problemy i bezsensowne kłótnie. Zdajemy sobie sprawę z tego, co naprawdę ważne, a dyskusje ze światem zewnętrznym wydają się czasem zupełnie bezsensowne.

Krok po kroku, delikatnie, budujemy nowe życie rodzinne, nowe życie jako para, nowe relacje, starannie dobrane i wyselekcjonowane życie towarzyskie, nową równowagę, która czasem wciąż jest krucha. To tak, jakby wszystko trzeba było odbudować, przywrócić na nowo; zaczynamy od zera, z miłością w dłoniach i dziećmi w sercach. Bo to dla nich, ale i dla siebie, decydujemy się powiedzieć TAK.życie. OdMusimy walczyć, bo to codzienna walka. Walka, która okazuje się bolesna, z wieloma przeszkodami. Czuję, że muszę na nowo nauczyć się oddychać, chodzić, patrzeć przed siebie. Na początku najbardziej bolesna jest konfrontacja z otoczeniem. Widok wózków dziecięcych jest nie do zniesienia, płacz nawet najmniejszego dziecka przeszywa mnie jak miecz, a widok małej dziewczynki z jej braciszkiem jest nie do zniesienia. Każda kobieta w ciąży, którą mijam, wydaje się górą na mojej drodze i spuszczam wzrok, żeby iść dalej i ukryć łzy. Potem przychodzą wieści o ciąży od naszych przyjaciółek, które czasami nawet nie śmią nam o tym powiedzieć. Ciąża, przed którą uciekam… Jednak nadchodzi moment, kiedy ucieczka nie wchodzi już w grę. Więc bardzo szybko trzeba stawić czoła rzeczywistości, nawet tej najboleśniejszej. Postanawiam spotkać się z przyjaciółkami, które niedawno urodziły, blisko mojego terminu porodu z Matysem. Aby skonfrontować się z tymi dziećmi, które powinny być w tym samym wieku co moje. To wszystko jest bardzo trudne, ale przy każdej przeszkodzie czuję i wiem, że Matys przekazuje mi swoją siłę, swoją odwagę… I zawsze mi się udaje.

Potem, bardzo szybko, pojawiła się nowa obsesja: trzecie dziecko. Początkowo, z niewłaściwych powodów, jak sądzę… aby odzyskać ciało matki, aby przeżyć ciążę, która została przerwana zbyt wcześnie, aby znów być z Matysem. Potem, z upływem miesięcy, coraz bardziej rozumiałam, że nasze „uzdrowienie”, nasze pojednanie z Życiem, będzie musiało nastąpić właśnie przez to i że nie ma innego sposobu na odnalezienie szczęścia, którego zostaliśmy pozbawieni. Czułam ogromną potrzebę wiary, że pewnego dnia znów będziemy szczęśliwi. Dla nas, dla Emmy, dla Matysa. Wiedziałam wtedy, że ten dzień będzie oznaczał bardzo długą podróż. Ale moje ciało musiało poczekać, ponieważ po dwóch cesarskich cięciach musiałam być cierpliwa i przede wszystkim nie ryzykować kolejnej tragedii. Postanowiłam nie wracać od razu do pracy i dać sobie czas. Aby przeżyć żałobę… Odzyskałam kontakt ze swoją pasją, końmi, uprawiałam sport, dużo biegałam. Na nowo odkryłam swoje kobiece ciało. Na nowo nawiązałam kontakt ze swoim wnętrzem, ze swoimi wartościami, szukałam siebie. Cieszę się czasem spędzonym z Emmą, zaczynam działać z nią i dla niej. Aż pewnego dnia wraca mi siła, by wstawać rano, uśmiechy pojawiają się bardziej naturalnie i śmieję się, śmieję się szczerze. Nauczę się żyć w ciągłej dualności… Życia i śmierci, radości i bólu, śmiechu i łez, pożądania i strachu, gniewu i miłości. Dużo płaczę, a potem śmieję się z Emmą, z Arnaudem. Jestem bardzo krucha emocjonalnie, wciąż niestabilna, ale idę naprzód… A poczucie, że idę naprzód, to bardzo pozytywny narkotyk i lekarstwo, które okazuje się bardzo skuteczne.

Dziś, 16 miesięcy po śmierci Matysa, wciąż idę naprzód. Jeszcze nie przestałam opłakiwać, ale mogę powiedzieć, że stałam się lepszym człowiekiem, bardziej pewnym siebie, bardziej kochającym, bardziej autentycznym. Nie boję się już swoich uczuć, a kiedy jestem szczęśliwa, czuję się, jakbym nigdy nie była szczęśliwsza… A kiedy jestem smutna i płaczę za Matysem, moje łzy płyną z głębi duszy i nauczyłam się je teraz swobodnie wyrażać. Uczę się żyć z moimi lękami, z tą niepewnością jutra, ze świadomością, że wszystko może się skończyć w każdej chwili. Ale to pomaga mi w pełni doceniać wszystkie te małe dary życia, każdy uśmiech mojej córki, każdą chwilę więzi z Arnaudem. Wiem, że wszyscy jesteśmy zjednoczeni na zawsze i nigdy nie czułam, że moja relacja i moja rodzina są tak silne, jak teraz.

Dzisiaj, 15 marca 2014 roku, urodziło się nasze trzecie dziecko, mały Victor, który obchodzi swoje trzy miesiące. Otacza nas swoją miłością, zalewa uśmiechami i napełnia szczęściem. Dzięki jego narodzinom mogę powiedzieć, że czuję się spełnioną matką, która kocha swoją trójkę dzieci całym sercem, każde na swój wyjątkowy sposób. Mój Victor to moje zwycięstwo nad życiem, nad…Śmierć. OnTo żywy dowód na to, że z takiej bitwy możemy wyjść zwycięsko, żywi i szczęśliwi. Po prostu jesteśmy szczęśliwi w inny sposób. Matys, nasz syn, na zawsze pozostanie częścią naszego życia, naszej rodziny. Emma często o nim mówi i wiem, że będzie czuwał nad nami w każdej chwili.  

Dla ciebie, Matysie, mój synu, moja sile, dałeś mi tak wiele i dzień po dniu prowadzisz mnie we właściwym kierunku. Bez ciebie moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Dziś mogę wreszcie powiedzieć, że kocham swoje życie, że nie zamieniłabym go na nic na świecie. Oczywiście, opłakuję twoją nieobecność każdego dnia i dałabym wszystko, żeby mieć cię u boku. Ale uczę się akceptować twoje odejście i odnajdywać w nim sens. Kocham cię jak matka kocha syna, a ty dajesz mi poczucie wartości, sens życia, każdego dnia, ponieważ nadałeś sens naszym życiom, na swój własny sposób.

Jestem dumna, że ​​jestem twoją matką, jestem dumna z twojej walki i jestem dumna z ciebie. Jestem dumna, że ​​byłam częścią twojego życia, jakkolwiek krótkie by ono nie było.

Kocham Cię na zawsze i wiem, że pewnego dnia spotkamy się ponownie.

Czuwaj nad nami, mały aniołku.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *