Dariusz „Dziekan“ Dziekanowski był jednym z najbardziej utalentowanych polskich piłkarzy swojego pokolenia.
Gwiazda Legii Warszawa i Celticu, piłkarz, który w słynnym meczu z Partizanem Belgrad strzelił aż cztery gole, oczarowując kibiców w Glasgow. Wydawało się, że świat stoi przed nim otworem.
A jednak jego historia to jeden z najsmutniejszych przykładów talentu, który nigdy w pełni się nie spełnił.
Największym przeciwnikiem Dziekanowskiego nie był żaden obrońca ani bramkarz.
Był nim alkohol. Przez lata zmagał się z nałogiem, który stopniowo niszczył jego karierę i życie prywatne. Zdarzało się, że na treningi, a nawet na mecze przychodził nietrzeźwy, za co karali go trenerzy. Jeden z nich, Andrzej Strejlau, miał powiedzieć, że Dziekanowski był „swoim największym wrogiem“.
Dramat sięgnął dna, gdy pełnił funkcję asystenta selekcjonera Leo Beenhakkera. Pewnego dnia po prostu zniknął. Odnaleziono go w szpitalu psychiatrycznym, gdzie był leczony z powodu uzależnienia od alkoholu.
Sam przyznał po latach, że odejście z Celticu było „najboleśniejszym upadkiem jego kariery“. W swojej autobiografii „Dziekan“ napisał szczerze, że nigdy nie był święty — i nie zamierza nim zostać.
Ale w tej historii jest też nadzieja. Dziekanowski ostatecznie przyznał się do choroby, przeszedł leczenie i — jak sam mówił — wyciągnął wnioski z popełnionych błędów. Jego los stał się przestrogą, ale też dowodem, że nawet z najgłębszego dna można próbować się podnieść.
To, przez co musiał przejść, by odzyskać siebie, porusza do dziś… 👇👇👇