Nie sądziłem, że w XXI w. znajdziemy się w sytuacji z września 1939 r. Mimo wszystko, jestem optymistą – mówi reżyser Jerzy Hoffman, wykształcony w Moskwie znawca Ukrainy.
Jacek Szczerba: 15 marca skończy pan 90 lat. Proponuję, żebyśmy zajęli się w tej rozmowie początkami każdej dekady pańskiego życia.
Może dadzą one wyobrażenie o jego całości.
Zacznijmy od urodzin. Przyszedł pan na świat w Krakowie, choć pana rodzice, oboje lekarze, mieszkali i pracowali w Gorlicach. Skąd więc ten Kraków?
Jerzy Hoffman*: Mama miała 34 lata, na tamte czasy to był dość poważny wiek jak na urodzenie pierwszego dziecka. Obawiano się komplikacji. Dlatego urodziłem się w lecznicy w Krakowie. Marzec był wtedy zimny. Gdy po kilku dniach mama wracała pociągiem do Gorlic, z przesiadkami, przyszła śnieżna zamieć. Z jej opowieści zapamiętałem, że konduktor ciągle zaglądał do naszego przedziału, sprawdzić, czy to niemowlę na pewno nadal żyje. Od tamtej pory podświadomie fascynuję się niebieskim światłem lampy, jaką nosili wtedy kolejarze.