Edyta Geppert należy do najwybitniejszych polskich wokalistek — jej głos i interpretacje poruszały serca kilku pokoleń.
A jednak za sceną kryje się kobieta, która największe bóle swojego życia przeżywała w milczeniu, z dala od kamer i błysków fleszy.
Mało kto wie, że jej początki wcale nie były łatwe. „Początki były po prostu tragiczne.
Uciekałam przed ludźmi, nie wiedziałam, o co im chodzi. Wydawało mi się, że jak można mnie w ogóle poznać — taka jestem przeciętna” — wspominała po latach. W świecie show-biznesu często czuła się samotna i obca, nie odnajdując się wśród blichtru i pozorów.
Ale najgłębszą raną okazała się śmierć jej mamy. Łączyła je niezwykła, serdeczna więź. „Byłyśmy ze sobą bardzo związane, przyjaźniłyśmy się, czułam takie braterstwo dusz. Kiedy mamy zabrakło, poczułam się niczyja — pustka nie do zastąpienia” — wyznała w jednym z nielicznych szczerych wywiadów. Mimo upływu wielu lat ten ból nigdy jej nie opuścił.
Edyta Geppert nigdy nie szukała rozgłosu. Nie bywa na ściankach, nie opowiada o swoim życiu prywatnym, coraz rzadziej pojawia się w telewizji. Swoje szczęście odnalazła w cichym, trwałym małżeństwie z Piotrem Loretzem oraz w roli matki syna Mieczysława. To właśnie w rodzinie — nie na scenie — szukała oparcia w najtrudniejszych chwilach.
Jej historia to dowód, że za największymi głosami często kryją się najcichsze cierpienia — i ogromna wewnętrzna siła, by mimo wszystko iść dalej.